Pomoc społeczna z ludzką twarzą

Grażyna Ostropolska 11 sierpnia 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:29

„Gdzie był MOPS?” - takim pytaniem kończą się często medialne informacje o dzieciach skatowanych w rodzinie. Brzmi to jak osąd, bo odpowiedzi na to pytanie ani całej prawdy już się nie docieka...




- To dla nas przykre, bardzo krzywdzące - twierdzą pracownicy socjalni z Bydgoszczy i Torunia. - Zamiast spytać, co zrobiliśmy dla rodziny, w której doszło do tragedii, z góry obarcza się nas współodpowiedzialnością za krzywdę dziecka. Gdy pada pytanie: „Gdzie był wtedy MOPS?”, ciśnie się nam na usta inne: „A gdzie była cała reszta?”. Lekarz, który widywał dziecko rozebrane, pielęgniarka, która je szczepiła, sąd, który, mimo naszych wniosków, zwlekał z odebraniem dziecka rodzicom, sąsiedzi zza ściany, którzy słyszeli jego krzyki?

Tam, gdzie sąsiad zamyka oczy i zatyka uszy, łatwo ukryć przemoc wobec dzieci. Przed pracownikiem socjalnym, sporadycznie odwiedzającym rodzinę, można przecież odegrać rolę troskliwej matki, a potem

hulaj dusza, piekła nie ma

„Pracownicy MOPS będą ukarani! To jest niedopuszczalne...” - taki komentarz rzecznika praw dziecka ukazał się w mediach, gdy na jaw wyszła tragedia dwóch małych bydgoszczan (braci w wieku 2 i 4 lat), bitych i przywiązywanych do nocnika przez matkę i jej konkubenta. Wiadomo było, że kobieta wyszła niedawno ze schroniska, a MOPS miał nad nią nadzór. O tym, że dzieci są bite, głodzone i godzinami chodzą po mieszkaniu z nocnikiem przywiązanym do nogi powiadomili policję sąsiedzi. Ci sami, którzy wcześniej przekonywali pracownika socjalnego, że dzieciom nic złego się dzieje, a fałszywe donosy na policję kieruje babcia chłopców, skłócona z ich matką.



- Źle się stało, że rzecznik, nie wysłuchując pracownika MOPS, wskazał nas publicznie jako winnych tragedii. Na szczęście, trafiło na osobę, który dokładnie opisuje swoją pracę - zauważa Maria Czarniecka, kierująca Rejonowym Ośrodkiem Pomocy Społecznej na bydgoskim Szwederowie. Jest przekonana, że komentarz rzecznika był dla jej podwładnej krzywdzący. Dowodzą tego służbowe notatki, które pracownik socjalny sporządzał po każdej wizycie u matki chłopców i jej konkubenta.

Pierwszy raz odwiedza ich w zajętym nielegalnie pustym mieszkaniu. Brakuje energii, wody i mebli, ale pani L. i jej konkubent zapewniają, że w ciągu miesiąca urządzą i przystosują lokal do normalnego życia. Tydzień później w mieszkaniu są już jakieś meble, ale dzieci nadal śpią na materacu. „Są w dobrej formie, uśmiechnięte, rozmowne”, zauważa pracownik. Rozmawia z matką o higienie dzieci i ich regularnym karmieniu, a gdy ta skarży się, że chłopcy jej nie słuchają, doradza wizytę u psychologa w Bydgoskim Centrum Wsparcia Rodziny.

Miesiąc później matka pani L. powiadamia policję o pobiciu wnuków. „Policjanci nie stwierdzili nieprawidłowości, lekarz orzekł, że dzieci są w dobrym stanie i nie noszą oznak pobicia”, odnotowuje pracownik socjalny. Kolejne kontrolne wizyty też nie dają powodu do niepokoju. Pani L. i jej konkubent chodzą do pracy, a wtedy dziećmi zajmuje się (odpłatnie) ich sąsiadka.

„Mieszkanie czyste, lodówka pełna”,

zapisuje pracownik socjalny. Dwa tygodnie później otrzymuje od sąsiadów sygnał: pani L. śpi, a dzieci są głodne i biegają po domu. „Na miejscu zastałam porządek, dzieci były czysto ubrane i najedzone, w lodówce dostateczna ilość jedzenia”, brzmi pokontrolna diagnoza. Kolejny dzień też zaczyna się od sygnału o pobiciu dzieci. Tym razem pracownik zauważa małą rankę nad okiem starszego chłopca. Matka tłumaczy, że syn przewrócił się na zabawkę i skaleczył. Zostaje pouczona, że bicie dzieci jest karalne. Sąsiadkę poproszono, by słysząc krzyk dzieci, wskazujący na ich bicie, niezwłocznie wezwała policję. Kobieta wyznała, że widziała siniaki na pupach chłopców, zrobiła nawet zdjęcia telefonem komórkowym, ale je skasowała, bo nie chciała się wtrącać. „Pouczyłam ją, że w ten sposób wyraża przyzwolenie na krzywdę, wyrządzaną dzieciom. O sprawie poinformowałam policjanta, który zapewnił, że ta sprawa jest pod nadzorem”, notuje pracownik socjalny. Załatwia miejsce w przedszkolu dla starszego z braci. Pani L. obiecuje, że będzie tam syna odprowadzać.

Dwa tygodnie później sąsiedzi wzywają policję do pobitych dzieci. Chłopcy mają siniaki na całym ciele, są wygłodzeni i wychłodzeni, a ludziom rozwiązują się języki. Dzieci trafiają do placówki opiekuńczej, matka i konkubent do aresztu.

Czy tej dzięcięcej tragedii można było zapobiec?

- Każdy pracownik socjalny kontroluje kilkadziesiąt środowisk, więc jeśli w obserwowanej rodzinie nie dostrzega nic niepokojącego, a informacje zebrane od sąsiadów są oszczędne lub uspokajające, jego czujność może zostać uśpiona - słyszymy w ROPS. Już wtedy, gdy pani L. przebywała w schronisku dla samotnych matek, jego kierownik wnioskował do sądu o odebranie kobiecie dzieci i umieszczenie ich w placówce opiekuńczo-wychowawczej. - Takie postanowienie zapadło, ale tam, gdzie braci skierowano, brakowało wolnego miejsca - wyjaśnia Maria Czarniecka, kierowniczka ROPS „Szwederowo”.

- Ludzie myślą: zgłoszę problem do ośrodka pomocy i pstryk! Będzie natychmiast rozwiązany, jak

za pomocą czarodziejskiej różdżki,

a tymczasem my musimy wysyłać pisma do sądu i innych instytucji, przestrzegać określonych procedur, które, z jednej strony, porządkują i chronią, a z drugiej, wydłużają czas - tłumaczą nam Renata Dmowska, Karolina Kamińska, Magdalena Okrucińska i Anna Kryger-Kulasińska, pracownice środowiskowe Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Toruniu. Sztywne procedury utrudniają i spowalniają ich pracę, więc tam, gdzie w grę wchodzi dobro i bezpieczeństwo człowieka, próbują je omijać i stosować mniej konwencjonalne metody.

Miały problem z kobietą chorą psychicznie. Jej zachowanie zagrażało dzieciom i sąsiadom. Nie zgadzała się na leczenie, a nowa ustawa psychiatryczna zniosła przymus, więc wymyśliły fortel. Na ich prośby o zdiagnozowanie pacjentki przychodziła rutynowa odpowiedź ze szpitala psychiatrycznego: wysłać pismo do sądu i czekać na jego postanowienie. Zrobiły zatem tak:

- Zadzwoniłyśmy do szpitala jako sąsiadki, mocno zaniepokojone stanem zaburzonej kobiety. Ja jako Kowalska, koleżanka jako Kwiatkowska i jeszcze tego samego dnia zabrano ją na badania. Papier, papier, papier... Biurokracja nas przytłacza i hamuje, więc zdarza się, że jedyną receptą na skuteczność jest fortel - mówią pracownice MOPR.

Zdarzają się im jednak sytuacje, gdzie i fortel nie pomaga.

- Mężczyzna, któremu chciałyśmy pomóc, miał świerzb, zżerały go wszy i inne robaki. Zadzwoniłyśmy po pogotowie, licząc, że zawiezie go do szpitala, a tam niespodzianka. Postraszono nas karą, czyli finansowym obciążeniem za bezzasadne wzywanie pogotowia. To przykre, bo fachowe podleczenie tego człowieka było wtedy bardzo ważne - wspominają.

Załatwiły mu lekarstwa, ogoliły, posprzątały w domu, złożyły się na zakup jedzenia, ale pozostał żal: - Brakuje nam wsparcia innych instytucji. Powinny stać za nami murem, a nie straszyć karą lub odsyłać do sądu - konkludują.

Niektórzy klienci toruńskiego MOPR i bydgoskiego MOPS korzystają z pomocy społecznej od pokoleń. Maria Czarniecka, szefowa ROPS na bydgoskim Szwederowie, pokazuje nam opasły tom akt: - Ta obszerna dokumentacja obejmuje zaledwie półroczną pracę pracownika socjalnego tylko

w jednej rodzinie

- wyjaśnia. Ta rodzina to konkubencki związek z siedmiorgiem dzieci. Ojciec ma 49 lat, matka 34. Oboje nie pracują i są uzależnieni od alkoholu. Latem ubiegłego roku kobieta urodziła trojaczki. Nagłośniły to media, a prezydent Bydgoszczy odwiedził matkę w szpitalu i przyznał jej dodatkowe bonusy: po 1000 zł na dziecko. Zależało mu, by wydano je racjonalnie, więc pracownik socjalny pomagał rodzinie w zakupach dla dzieci. Dwa razy dziennie przychodziła do niemowląt opiekunka z MOPS, karmiła je i przewijała, bo matka kiepsko sobie z tym radziła. Było nieźle, gdy, zachowywała abstynencję, gorzej gdy wpadała w alkoholowy szał. - Udało się nam ją namówić na odtrucie i leczenie w świeckim szpitalu. Pojechała i wkrótce przyszedł sygnał, że pacjentka jest w kolejnej ciąży - wspominają w ROPS. Konkubent był wściekły. Po przyjeździe partnerki zrobił jej awanturę. Kobieta oskarżyła go o pobicie. On twierdzi, że rzucił w nią tylko... sakiewką z pieniędzmi. Dostał zakaz zbliżania się do domu, choć ten należy do niego i jego matki. Konkubina nie wytrzymała samotności i poszła w tango. - Wystąpiliśmy o odebranie im dzieci i sąd zareagował błyskawicznie - mówi Maria Czarniecka. Wcześniej rodzina dostawała z MOPS zasiłki okresowe i na dożywianie oraz świadczenia z UM na siedmioro dzieci. - W sumie ponad 2 tys. zł, czyli tyle, ile zarabia (netto) ciężko pracujący człowiek w naszym kraju - podpowiadają w ROPS. Widać, że brak dzieci oraz zasiłków rodzinnych na nie mocno rodzicom doskwiera, więc próbują je odzyskać. Matka wycofała z prokuratury oskarżenie wobec konkubenta, on stawił się przed komisją i dostał orzeczenie o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Pracować może, więc MOPS namawia go, by zatrudnił się w ochronie. - Będzie pan spacerował lub siedział w portierni, tłumaczymy, a on na to:

„To przekracza moje możliwości”.

- Często jest tak, że my, będąc blisko rodziny, widzimy potrzebę odebrania jej dzieci lub ograniczenia władzy rodzicielskiej, a sąd nie widzi takiej konieczności i wiąże nam ręce - skarżą się pracownicy środowiskowi z Torunia i Bydgoszczy. Odnoszą wrażenie, że sędziowie chętniej pomagają rodzicom, dając im kolejną szansę, niż dzieciom. - To błąd, bo jeśli maluch szybko trafi do adopcji, to jest szansa na prawidłowe ukształtowanie jego osobowości, ale gdy skończy 12-13 lat, będzie na to za późno - wyjaśniają. Mają postulat, by zamiast 24-godzinnych sądów dla pijanych rowerzystów wprowadzić ekspresowe sądy rodzinne. - Odbieranie dzieci rodzicom to ostateczność i nie może być pochopne, ale są takie sytuacje, gdzie błyskawiczna decyzja sądu ratuje dziecku życie. Dostrzegamy ogromny problem potomstwa wychowywanego przez zaburzone psychicznie matki. Tu procedury sądowe należałoby skrócić do minimum, a decyzje podejmować błyskawiczne, by dać tym dzieciom szansę na normalny rozwój - podpowiadają.

Jest też problem z matkami zmieniającymi konkubentów jak rękawiczki. - Jeden odchodzi, zostawiając kobietę z brzuchem, a potem jest drugi i kolejna ciąża. Gdy widzę trzeciego, to już mam strach w oczach, że będzie kolejne dziecko - mówi pracownica środowiskowa z toruńskiego Rubinkowa. Zdarza się, że pyta kobietę, dlaczego wiąże się z człowiekiem, który tak źle ją traktuje. - Słyszę, że nieważne, że pije i bije, ważne, żeby był - powtarza odpowiedź.

- Trzeba zmienić wypaczony, także w mediach, wizerunek pomocy społecznej - apelują dyrektorki MOPS w Bydgoszczy i MOPR w Toruniu.

- Kojarzy się nas z patologią, a to fałszywy obraz, bo świadczymy też pomoc i usługi opiekuńcze osobom zniedołężniałym lub schorowanym, a nasze ośrodki wsparcia rodziny służą również rodzinom dobrze sytuowanym, w których pojawia się przemoc lub kłopoty z dziećmi - mówi Renata Dębińska, dyrektorka bydgoskiego MOPS.

- Bardzo by nam pomogło dobre słowo i pozytywne nastawienie do nas oraz zrozumienie dla naszej pracy. I najważniejsze, by sąsiedzi reagowali na to, co się dzieje za ścianą wcześnie, a nie wtedy, gdy jest już za późno - dodaje Kazimierza Janiszewska, szefowa toruńskiego MOPR.
W Toruniu

Program pilotażowy



Toruński MOPR obejmuje pomocą i wsparciem ponad 6 tys. rodzin. 68 pracowników tej instytucji pełni w terenie rolę diagnostów i przeprowadza wywiady środowiskowe.W tym roku MOPR w Toruniu złożył aplikację i dostał 1,2 mln zł na pilotażowy program, oddzielający pracę socjalną od administracyjnej. - Będzie stworzony zespół, do którego skierujemy 10 pracowników socjalnych. Ośmiu z nich będzie się zajmowało wyłącznie pracą socjalną w 20 rodzinach, a dwoje pozostałych będzie przeprowadzało wywiady pod procedury administracyjne, związane ze świadczeniem pomocy w 80 środowiskach - wyjaśnia Kazimiera Janiszewska, dyrektorka placówki.W Bydgoszczy

„Przyjazny patrol”



Program pod nazwą „Przyjazny patrol” znakomicie wpisuje się w walkę z przemocą w rodzinie. Nieumundurowany policjant w towarzystwie pracownika MOPS pojawia się tam, gdzie jest zagrożone dobro dziecko, na przykład jest ono świadkiem domowej przemocy. Zwykle przybywa krótko po interwencji mundurowych, w piątek lub sobotę, między 17.00 a 1.00, bo tylko wtedy patroluje. Czas jest odpowiedni, bo weekend sprzyja domowym awanturom, a pomoc społeczna ma wtedy wolne. Barbara Domagała, kierowniczka Bydgoskiego Ośrodka Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i Terapii (BORPA) przybliża nam genezę powołania „Przyjaznego patrolu”: - To był 2009 r. Pedagoga szkolnego zaniepokoił wycofany, niewchodzący w relacje z rówieśnikami 9-letni chłopiec, więc skierował go do nas na terapię. Zauważyliśmy, że dziecko uderza głową w kaloryfer, zadając sobie ból. Zaczęliśmy badać jego sytuację rodzinną i okazało się, że nie pochodzi z rodziny niewydolnej. Wręcz przeciwnie, jego rodzice to ludzie wykształceni i dobrze sytuowani, ale w kryzysie - wspomina. Okazało się, że dziecko było świadkiem awantur. Rodzice odchodzili od siebie i wracali, a chłopiec bał się, że ich utraci. Zadawał sobie ból, bo nie potrafił inaczej odreagować stresu. - Zaczęliśmy się zastanawiać, ile jest takich dzieci w Bydgoszczy. Policjanci odnotowali tu w 2009 roku aż 6000 interwencji domowych, więc skala zjawiska mogła być duża. I tak zrodziła się myśl o powołaniu „Przyjaznego patrolu”, który rozpozna sytuację zagrożonego dziecka i pomoże mu wyjść z traumy - mówi Barbara Domagała. Do „Przyjaznego Patrolu” można dzwonić, również anonimowo, pod numer: 795-578-970 w piątki i soboty w godzinach od 17.00 do 1.00Programy pilotażowe (w ramach unijnego projektu„Kapitał ludzki”) zmierzają do reformy pomocy społecznej i mają być bazą dla nowej ustawy. Przetestują narzędzia pomocy rodzinie i ustalą, czy pomoc socjalną da się standaryzować. Toruński MOPR zatrudnia też 8 asystentów rodziny, którzy współpracują z 58 rodzinami, niezaradnymi życiowo. Eksperyment trwa krótko, ale już udało się wyprowadzić na prostą 8 rodzin.







Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 30-04-2017 23:38

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Awq: Mops i MOPR głupio się tłumaczą, dawno powinna nastąpić reorganizacja tych instytucji, pracować tam powinni ludzie z misją,a nie znajomi znajomych

    Odpowiedz