Prawku z prawem nie po drodze

Tekst: Dorota Misiak, rys. Łukasz Ciaciuch 4 sierpnia 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:29

Jako kierownica doskonale sprawdza się miska, w końcu też jest okrągła. Godzina nie zawsze musi trwać 60 minut. Instruktorzy jazdy bez wysiłku przesuwają wskazówki. Kursanci się nie skarżą, bo musieliby donieść na samych siebie.


Na państwowy egzamin na prawo jazdy czeka się długo. Poczekalnia Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego zwykle wypełniona jest po brzegi ludźmi, którym w stresie i z nudy rozwiązują się języki.

Ania robiła kurs w podbydgoskiej szkole: - Dojazd do Bydgoszczy zajmował godzinę, po mieście jeździłam kolejne 60 minut, a przy podpisaniu karty zajęć instruktor powiedział: „Wpisuję ci 3 godziny, bo liczą się przejechane kilometry, czyli motogodziny, a nie to, co na zegarku”. Dzień przed egzaminem chciałam wykupić dodatkowe jazdy w innej szkole. Wyśmiali mnie, gdy zapytałam o motogodziny. Bo to bzdura.

Uczenie przez patrzenie

Sławomir Szymanowski, właściciel szkoły jazdy w Tucholi, na swojej stronie internetowej ostrzega kursantów przed nieuczciwymi praktykami, opisując te, o których słyszał: - W niektóre aż nie chce się wierzyć - mówi. - Mam nadzieję, że są podkoloryzowane, ale wiele opowieści się powtarza i to jest bardzo niepokojące.

Bo jak uwierzyć w to, że są szkoły, w których jeździ się z miską jako kierownicą..., że instruktor jednego kursanta sadza za kierownicą, drugiego na tylnym siedzeniu - z miską właśnie. Ten drugi ma nią kręcić w taki sposób, w jaki prowadziłby auto. Instruktor w tym czasie ocenia, między innymi, czy kursant z miską panuje nad samochodem przy dużej prędkości. Uwierzyć w to można, bo opowieść się powtarza - opowiadają ją kursanci jednej z bydgoskich szkół.

- „Instruktor był tak arogancki, że bałam się dyskutować” - te słowa usłyszałam od kursantki, która uciekła z tamtej szkoły - mówi właścicielka jednego z bydgoskich ośrodków. - Inna kursantka wykupiła tam kurs za 900 zł. Miało być tanio. Brała potem dodatkowe jazdy u nas przed każdą lekcją w pierwszej szkole. Bała się krzyku instruktora. A krzyczał zwykle dlatego, że ta niszczyła mu samochód. Na czym to niszczenie polegało? Pedał sprzęgła był w takim stanie, że leżał na podłodze, więc właściciel podłożył pod niego kijek. Gdy przy naciskaniu kijek wypadał, kursantce się obrywało.

Poniżej kosztów i standardów

Przygotowanie jednej osoby do egzaminu na prawo jazdy (realizując program szkolenia zapisany w ustawie: 30 godzin zajęć teoretycznych po 45 minut każda i 30 godzin jazd po 60 min) kosztuje szkołę 900 zł.

- Ze szkoleniem za 800 czy 900 zł (a takich jest sporo) czy nawet 600 zł (takie też się zdarzają) musi więc być coś nie tak - mówi Krzysztof Szymański, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców. - Realna cena to 1300-1400 zł.

Członkowie federacji, ze szkoleniowcami z Bydgoszczy na czele, rozpoczęli batalię o zmianę w prawie. - Postulujemy, aby wprowadzić obowiązek podawania w materiałach promocyjnych rzetelnej ceny za godzinę jazdy - przeliczonej przez niezależny ośrodek, jednakowej dla całego kraju - informuje Szymański. - Wtedy kursant będzie mógł policzyć, ile powinien kosztować kurs przeprowadzony zgodnie z prawem i porównać to z ceną, jaką oferuje szkoła.

Niższa cena wymusza na szkołach oszczędności. Tych szukają w kieszeniach kursantów:

- Instruktor powiedział, że jedna godzina jazdy trwa 45 minut - słyszymy od kursanta Łukasza. - Wierzyłem. Przecież to instruktor, miał legitymację, certyfikaty jakieś.

W ten sposób instruktor ukradł kursantowi 7 godzin i 30 minut, czyli od 300 do 375 zł.

- Ja dopiero po kilkunastu jazdach zaczęłam się zastanawiać nad tym, że kiedy jedziemy na stację benzynową i instruktor idzie po kawę, to pije ją za ukradzione mi pieniądze, bo tych kilkunastu minut mi nie zwraca - mówi kursantka Karolina.

Uczeń wystawiony na próbę

Kursanta, który w aucie jest maksymalnie skupiony na jeździe, a nie na tym, co mówi i zapisuje w karcie jego nauczyciel, bardzo łatwo wprowadzić w błąd.

- Chciałem to sprawdzić, więc przeprowadziłem prosty eksperyment - opowiada Sławomir Szymanowski. - Podczas jazdy kursantka wyjeździła dwie godziny. Powiedziałem do niej: „Masz dzisiaj trzy godziny”. W odpowiedzi usłyszałem: „Dobrze”. I tyle. Oczywiście w kartę wpisałem jej dwie godziny, ale gdybym był nieuczciwy, byłbym godzinę do przodu. Kursant na pierwszych jazdach jest często w takim stresie, że nie widzi nadjeżdżającego TIR-a, więc nie widzi również, o której godzinie rozpoczął i skończył lekcję. Pewna sympatyczna kursantka dopiero po wyjeżdżeniu 15 godzin powiedziała do mnie: „Nareszcie słyszę, co pan do mnie mówi”.

Do grzechów szkół jazdy należy też nieprzeprowadzanie zajęć teoretycznych. - Na pierwszym spotkaniu instruktor posadził mnie za kierownicą - miałam jechać - relacjonuje swoje doświadczenia kursantka Dagmara. - Krzyczał na mnie za każdym razem, gdy popełniałam błąd. Mówiłam wtedy, że przecież nie miałam teorii. Pytałam, kiedy będzie. Mówił, że później. Przeniosłam się.

Ale zmiana szkoły nie zawsze jest prosta. Najczęściej kursant decyduje się na nią na początku zajęć praktycznych, gdy ma już zaświadczenie o odbyciu zajęć teoretycznych, badaniu lekarskim i zdaniu egzaminu wewnętrznego z części teoretycznej. Przy przeniesieniu wszystkie te dokumenty pozostają w mocy i w drugiej szkole nie trzeba płacić drugi raz za odbyte szkolenie. Trzeba jednak wydobyć zaświadczenia z pierwszej szkoły. Bywa, że jej pracownicy przestają wtedy odbierać telefony.

Papierowa kontrola, papierowy sprzęt

Oszustwa szkół jazdy czasem wynikają też z braku sprzętu. Zdarza się, że ośrodek szkolący kierowców na kategorię A nie ma własnego motocykla. Jazdy czasem odbywają się w zaprzyjaźnionej szkole, czasem nie ma ich wcale. Urzędowe kontrole są, ale dotyczą dokumentacji. Jeśli właściciel okaże dowód rejestracyjny pojazdu, wszystko jest w porządku.

- Skargi, rzadko, ale są - mówi Barbara Świerczyk z bydgoskiego Wydziału Uprawnień Komunikacyjnych. - Nie dotyczą braku zajęć teoretycznych czy skracania jazd, lecz tego, że instruktor był arogancki i źle uczył. Kontrolujemy takie szkoły, sprawdzamy kartę zajęć, czyli dokument mówiący o liczbie i tematyce przeprowadzonych zajęć, który podpisuje kursant. Zakładamy, że wie, co podpisywał, więc jeśli wszystko jest tak, jak każe ustawa, to jest w porządku.

W wydziałach komunikacji starostw powiatowych w Bydgoszczy i Toruniu skarg nie pamiętają.

- Kursanci się nie żalą, bo musieliby donieść na samych siebie. Przecież to oni wymuszają na szkołach fałszowanie dokumentów, poświadczenia, że odbyły się jazdy, które się nie odbyły, żeby móc szybciej zapisać się na egzamin państwowy - mówi właściciel toruńskiej szkoły jazdy.

Nieuczciwie, proszę

- Nagminne jest zjawisko kupowania fikcyjnych kursów doszkalających, takich, jakich WORD wymaga po trzech nieudanych podejściach do egzaminu. - Przychodzą, kładą pieniądze na stół i chcą potwierdzenia - mówi nieoficjalnie toruński instruktor. - Jest zapotrzebowanie, jest produkt. Nie oskarżam szkół jazdy ani kursantów. Czas oczekiwania na egzamin jest długi i będzie się jeszcze wydłużał, bo kursanci szturmują WORD-y w obawie przed nowymi zasadami zdawania, które wejdą w styczniu. Gdyby kursant miał pewność, że po wykupieniu i wyjeżdżeniu tych dodatkowych godzin miałby egzamin następnego dnia czy nawet za tydzień, to chętnie by pojeździł, ale gdy musi czekać miesiąc, to uznaje, że łatwiej będzie załatwić sobie papierek i zaklepać termin.

Problem pojawia się, gdy kursant tuż przed kolejnym egzaminem chce wykorzystać godziny, których wyjeżdżenie wcześniej potwierdził. Wtedy instruktor albo nie odbiera telefonu, albo mówi, że popsuł się samochód. I kursant jest w kropce, bo skarżyć się na własną lekkomyślność jakoś niezręcznie.

- Pewien kursant, który nie wyjeździł jeszcze nawet połowy godzin, zaczął domagać się możliwości zapisania się na egzamin państwowy - mówi instruktorka z Bydgoszczy. - Oznaczałoby to sfałszowanie dokumentów. Nie zgodziłam się. W odpowiedzi usłyszałam, że jesteśmy nieelastyczni, że inne szkoły nie robią problemów. I najważniejsze - że zmarnowaliśmy temu człowiekowi urlop, bo przez nas nie zdąży zrobić prawa jazdy do wakacji, a chciał na nie pojechać własnym autem.

- Ale są i gorsze sytuację - dodaje toruński szkoleniowiec. - Przychodzi kursant i chce rozpocząć u mnie kurs, ale stawia warunek: „Chcę jutro rozpocząć jazdy”. Gdy tłumaczę, że najpierw musi przejść szkolenie teoretyczne, odchodzi. Dlaczego? Pewnie - tak jak ja - słyszał o szkole, która przyjęła jego warunek. Kiedy zjawiał się w niej kursant, który chciał szybko zrobić kurs, kierownik szkoły dzwonił do lekarza, podając dane przyszłego kierowcy. Lekarz wypisywał orzeczenie datowane na poprzedni miesiąc. Instruktor rozpisywał zajęcia teoretyczne tak, jakby się odbyły. Kursant jeździł już następnego dnia. Tyle że ja słyszałem, że te praktyki wykryła policja, a winnych ukarał sąd. Kursantom chyba to umknęło...
Warto wiedzieć

U sąsiadów szkolą inaczej

We wszystkich europejskich krajach poza Polską godzina lekcji praktycznej na kursie prawa jazdy trwa 45 minut, u nas - 60 min.

W Polsce i na Litwie państwowy egzamin na prawo jazdy zdaje się w samochodach ośrodków ruchu drogowego. W innych państwach kandydat na kierowcę przyjeżdża na egzamin z instruktorem samochodem ośrodka szkolenia. Dzięki temu każda szkoła może wybrać model auta zgodnie z własnymi upodobaniami. Polskie WORD-y nie zmuszają szkół do kupowania wybranych przez nie aut, ale kursanci wymagają, by szkoła dysponowała takim samochodem, w którym będą zdawać egzamin. Od 1991 r. w polskim prawie jest zapis, zgodnie z którym kursant podczas egzaminu państwowego może sam wybrać samochód. O wyegzekwowanie tego prawa walczy Polska Federacja Stowarzyszeń Szkół Kierowców.

Mamy najniższe w Europie ceny kursów jazdy. Dla przykładu: w Słowacji cena wynosi 420 euro, czyli ok. 1680 zł (przy 45-minutowych jazdach). Większość szkół uczy tam w skodach, które kosztują ok. 30 tys. zł. Polska szkoła na nowe auto wydaje średnio 40 tys. zł.