U Boga będzie nam najlepiej

Piotr Schutta, fot: Tomasz Czachorowski 30 czerwca 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:30

Nie wiadomo, przed czym uciekła Anna K. Musiało to być coś niewyobrażalnego, skoro postanowiła zabrać ze sobą dwuletnią córkę. Najbliższym zostawiła tylko kilka lakonicznych zdań w liście pożegnalnym. Nikt nie wie, dlaczego wybrała śmierć.




Kobieta w kwiecistej bluzce idzie drogą i płacze. Jeszcze parę dni temu piła kawę z Anną K. i bawiła się z jej dwuletnią córeczką Zosią.

- Co za fatum wisi nad tą rodziną? Nie wiem, jak ci ludzie to przeżyją - mówi przez łzy, myśląc o rodzicach Ani. Ponad dwa lata temu na kanale łączącym dwa pałuckie jeziora utonął brat Anny, Mariusz. Wybrał się na ryby. Znaleziono pustą łódkę, a później ciało.

Nad śmiercią 27-letniej Ani i jej dziecka też wisi tajemnica.

Nie wiadomo, dlaczego wybrała właśnie to jezioro. Blisko domu rodziców, ukryte w malowniczej dolinie. Miejscowi mówią, że jest małe, ale głębokie i zdradliwe. Nikt się tu nie kąpie, bo dno zaraz przy brzegu gwałtownie się urywa. Właściwie to nie jezioro, a oczko wodne połączone przesmykiem z Jeziorem Pniewskim, z jednej strony otwarte na pola, z drugiej oparte o ścianę lasu.

To tutaj w niedzielę około godziny 13 strażnik z Nadleśnictwa Gołąbki (powiat Żnin) zauważył na poboczu leśnej drogi zielonego fiata 126 p. Kierowcy nie było, parkować w lesie nie wolno, więc zostawił za wycieraczką wezwanie. I odjechał.

To nie lalka

Trzy godziny później zadzwonił telefon na biurku dyżurnego policji powiatowej w Żninie. Emerytowany policjant z pobliskiej Gąsawy głosem zdradzającym napięcie powiedział, że w trzcinach Jeziora Pniewskiego pływają chyba zwłoki dziecka.

Jego żona w pierwszej chwili pomyśli, że może to stara lalka, którą ktoś wyrzucił albo zgubił. - Oby to była lalka - powie mężowi.

Ciało Zosi, unoszące się na powierzchni dzięki pampersowi, pierwsze znajdzie się na brzegu i zostanie okryte białą folią. Jej mamy będą szukać aż do wieczora. Echosonda użyta przez strażaków ze Żnina wskaże zwłoki kobiety kilka metrów dalej, informując przy okazji, że w tym miejscu są trzy metry głębokości, a kawałek dalej piętnaście.

- Chyba nigdy już się nie dowiemy, jaka była mechanika tych dwóch śmierci - prokurator Wojciech Jabłoński szuka właściwych słów. Trudno je znaleźć. Anna K. też nie zostawiła ich wiele. W samochodzie, pozostawionym na leśnej drodze, śledczy znaleźli dwa listy: do męża oraz do rodziców i braci.

W drugim z nich tak napisała: „List do Moniki, Ryszarda, Jarka i Tomka. Piastowo. Kochani Rodzice i Bracia. Chcę Wam powiedzieć, że Was bardzo kocham. Ja i Zosia będziemy tęsknić za Wami, ale teraz będziemy u Boga. Tam będzie nam najlepiej.”

Monika i Ryszard to rodzice Anny. Nie ma ich w domu, bo zostali wezwani na policję. W ogródku przed parterowym skromnym domem okolonym łamiącym się płotkiem z drewna, stoi ciocia Kazimiera i załamuje ręce. Nie wie jeszcze, w jakim stanie jest jej siostra. Rozmawiały tylko chwilę, przez telefon. Cała rodzina jest w szoku. Wszyscy zgodnie powtarzają, że nic nie zapowiadało tragedii.

- Ania nigdy nie mówiła, że jest jej źle. Nie mamy zielonego pojęcia, co się stało. Na pewno byśmy jej pomogli. Na pewno - powtarza kobieta.

Na brzegu jeziora znaleziono damskie klapki, płytę zespołu Feel przykrytą tetrową pieluchą i długopis. Być może ten sam, którym zostały napisane pożegnalne listy.

- Widziałyśmy się chyba w kwietniu. Żałuję, że nie wzięłam od niej numeru telefonu. Wyglądała na kogoś, kto bardzo potrzebuje rozmowy. Dawno się nie widziałyśmy, bo przez kilka lat mnie tu nie było. Pogadałyśmy sobie chyba z pół godziny. Świetnie się rozmawiało. Głównie o dzieciach. Mam synka w wieku Zosi. Ania przeżyła rok temu wypadek samochodowy i głównie o tym rozmawiałyśmy. Jej córeczka bardzo wtedy ucierpiała, sporo czasu spędziła w szpitalu, ale już dochodziła do siebie - opowiada przyjaciółka zmarłej.

Jeden patrzy na drugiego

Mąż Anny K. został zatrzymany przez policję w niedzielę po południu w Jadownikach Rycerskich, gdzie mieszka wraz z matką i bratem. Był po kilku piwach, więc policja „przechowała” go do poniedziałku, by wytrzeźwiał i po przesłuchaniu zwolniła do domu. Nie przedstawiono mu żadnych zarzutów.

Szare popegeerowskie klocki znaleźć w Jadownikach łatwo. Wszyscy wiedzą o tragedii, ale rozmowni nie są. Jeden spogląda na drugiego, żeby nie powiedzieć za dużo.

- Wiem, co tu się działo, ale nie chcę mieć noża w plecach - mówi zdenerwowana kobieta, zamykając drzwi w pośpiechu. - Sama przez to przechodziłam. Niech pan już idzie.

Cicha, spokojna. Nikomu się nie zwierzała, z nikim nie plotkowała. Zapatrzona w dziecko. Jeśli wychodziła z mieszkania, to tylko po to, żeby powiesić pranie na podwórku za domem albo pobawić się z Zosią. Wcześniej pracowała w sklepie w Szczepanowie, gdzie poznała 12 lat starszego od siebie Zbyszka. Ślub był dwa lata temu. Tyle mogą o niej powiedzieć. Ostatni raz sąsiadki widziały Annę K. w niedzielę przed południem. Około godz. 11 wsiadła do swojego zielonego „malucha” i gdzieś pojechała. Podobno na odpust do Chomiąży Szlacheckiej. Później była umówiona z rodzicami w Piastowie. Miała wpaść do nich na obiad.

Już tam nie dotarła.

- Nie wytrzymała psychicznie dziewczyna. Musiała mieć w tych Jadownikach piekło - plotkują dzisiaj ludzie.

W liście, który trafił do akt sprawy, Anna K. zapewnia męża o swojej miłości. Mało prawdopodobne, by żegnała się tak z osobą, która zgotowała jej piekło. Śledczy sprawdzą jednak, czy słowa te na pewno napisała zmarła.

Musiała „pomóc” córce

- Nie wyglądali na skłóconych. Czasem wpadali na obiad do rodziców Ani - mówi ciocia Kazimiera.

Teściowa Anny K. ma już dosyć plotek, dziennikarzy i całego tego zamieszania wokół synowej i swoich synów. Przed chwilą na schodach kłębiła się grupka reporterów z telewizji. Co chwilę ktoś puka i chce wiedzieć, jak to właściwie było. Nic dziwnego, że kobiecie puszczają nerwy.

- Idź pan w ch... - nie wytrzymuje i trzaska drzwiami.

- Fajna ta Zosieńka była. Już zaczęła chodzić samodzielnie. Ania bardzo się cieszyła, że mała dochodzi do siebie po tym strasznym wypadku - dodaje jej przyjaciółka. Wyrzuca sobie dzisiaj, że nie zdążyły się spotkać drugi raz, żeby dłużej pogadać. - Miałam wrażenie, że Anka czuje się osamotniona. Nie umiem tego wytłumaczyć. To takie kobiece przeczucie. Byłam przejęta rozmową z nią.

We wtorek Prokuratura Rejonowa w Żninie poznała wstępne wyniki sekcji zwłok.

- Klasyczne utonięcie - mówi prokurator Wojciech Jabłoński.

Na ciałach ofiar nie znaleziono żadnych śladów wskazujących na inną przyczynę śmierci. Prawdopodobnie najpierw utonęła Zosia, potem jej mama. Tak się wydaje śledczym, bo tak podpowiada logika. Logiczne jest także to, że Anna K. musiała „pomóc” córce. Dlatego formalnie prokuratura prowadzi postępowanie w kierunku zabójstwa.

Dzień po tragedii psychiatra profesor Aleksander Araszkiewicz tłumaczył w telewizji, na czym polega samobójstwo rozszerzone. Że chodzi w nim o nadzwyczajne poczucie miłości i o to, by chronić osobę, którą się pozbawia życia. Mówił też o depresji i załamaniu nerwowym.

Jan Domagała pracuje jako oborowy w Jadownikach, naprzeciwko domu, w którym z teściową i szwagrem mieszkała Anna K. Uczonym nie jest i na depresjach się nie zna, ale swój rozum ma i o miejscowych wie sporo.

- Panie, co tu dużo gadać. To wszystko przez alkohol i więcej nic.