Lekarz odsyła, pacjent umiera

Małgorzata Oberlan 26 maja 2012, aktualizowano: 16-12-2013 12:32

Chirurg ze szpitala na Bielanach w Toruniu naraził 23-letnego Mariusza na utratę życia - stwierdził sąd. I ukarał lekarza czterema miesiącami więzienia, zawieszając wykonanie kary na dwa lata próby. - Tyle było warte życie naszego syna? - pyta ojciec.


Sierpień 2009 roku. Noc z soboty na niedzielę. Mariusz z podtoruńskich Łysomic bawi się ze znajomym w pubie „U Łojca” przy ul. Szewskiej. To serce toruńskiej starówki. Dlaczego dochodzi do spięcia z dwoma napastnikami, którzy przywędrowali tu „pod wpływem” z innego lokalu? Nie wyjaśniło się to nawet w trakcie niekrótkiego procesu sądowego.

- To była niewyobrażalna głupota - stwierdził sędzia, ogłaszając wyrok i nie dopatrując się żadnego racjonalnego motywu napaści, której się dopuścili, oprócz agresji po alkoholu. Sprawców skazał na dwa lata oraz trzy lata i miesiąc więzienia.

I nigdy się nie obudził

- Mało - tyle może powiedzieć o tym wyroku pan Marek, ojciec Mariusza. Dlatego walczył do końca o wyższe wyroki. Doszedł do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który podtrzymał w mocy toruńskie orzeczenie.

Potem przedsiębiorca z Łysomic zaczął toczyć drugą batalię - o, jak mówi, sprawiedliwy wyrok dla lekarza. Przebieg wypadków był bowiem następujący.

Po pobiciu przez napastników (w tym po uderzeniu pięścią w potylicę), Mariusz pojechał do domu kolegi. Nazajutrz odczuwał jednak bóle głowy. Znajomy pojechał z nim do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego na Bielanach. Mariusza przyjął dyżurujący akurat Łukasz B., młody lekarz, specjalista w zakresie chirurgii ogólnej. Dziś z 7-letnim stażem, wówczas z 4-letnim.

Z pacjentem porozmawiał i zlecił zrobienie zdjęcia rentgenowskiego czaszki oraz kręgów szyjnych. Niczego niepokojącego się nie dopatrzył. - Przepisał synowi środek przeciwbólowy i odesłał do domu. Przywiózł go kolega - relacjonuje ojciec. - Mariusz miał lekkie draśnięcia na czole i mówił, że wszystko jest w porządku. Poszedł spać. Nazajutrz ja poszedłem go budzić, ale syn już nie żył...

Czego lekarz nie zrobił?

Jak wykazała sekcja, 23-latek miał pourazowego krwiaka mózgu. - Lekarz nie zlecił żadnych istotnych badań - uważa Dariusz Kłos, adwokat pana Marka.

Co mógł zrobić chirurg Łukasz B.? Mógł zlecić badanie tomograficzne, skonsultować się z innymi specjalistami z lecznicy (np. neurochirurgiem), wreszcie - pozostawić Mariusza na obserwacji w szpitalu.

W trakcie procesu sądowego pierwszej instancji biegli orzekli, że chirurg dopuścił się zaniedbań w trakcie diagnozowania. Jak dowodziła oskarżająca go Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum Zachód - wręcz niedbalstwa i lekkomyślności.

A jak do dziś twierdzi pan Marek - karygodnego potraktowania pacjenta i ewidentnego błędu lekarskiego. - Z kieszeni syna wyjęliśmy wypis ze szpitala. Doktor B. własnoręcznie napisał w nim, że pacjent zgłosił się „po uderzeniu pięścią w potylicę”. Skoro o tym wiedział, to dlaczego puścił syna do domu? - pyta już trzeci rok.

Sąd Rejonowy w Toruniu w osobie sędziego Marka Tycińskiego uznał Łukasza B. winnym narażenia 23-latka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, ale nieumyślne. I skazał medyka na cztery miesiące pozbawienia wolności, zawieszając wykonanie kary na dwa lata próby, oraz tysiąc złotych grzywny. Zwolnił go za to z kosztów sądowych (ok. 3 tys. zł, w tym opinie obiegłych), obciążając nimi skarb państwa.

Tragedia bez „przepraszam”

- To kuriozalnie niski wyrok, dlatego zdecydowałem się jako oskarżyciel posiłkowy wystąpić z apelacją do Sądu Okręgowego w Toruniu, domagając się rezygnacji z owej nieumyślności czynu doktora - mówi pan Marek.

A to oznaczałoby skazanie medyka z art. 160 kk (samo narażenie na niebezpieczeństwo), a co za tym idzie - możliwą karę nawet do 3 lat pozbawienia wolności.

Jak podkreślają ojciec i jego pełnomocnik Dariusz Kłos, w trakcie procesu chirurg z Bielan nie wydusił z siebie słów żalu, współczucia dla rodziny czy chociażby zwykłego „przepraszam”. Dlaczego?

Z Łukaszem B., nieprzerwanie cieszącym się zaufaniem swoich przełożonych i praktykującym w bielańskim szpitalu, usiłuję skontaktować się w różny sposób przez kilka dni. Bez skutku. Nie udaje się to ani gdy dzwonię na oddział, czyli do Katedry Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej i Onkologicznej CM UMK, ani gdy przyjeżdżam tu bezpośrednio.

Dzwonię pod numer, podany w Internecie jako kontakt z indywidualną praktyką doktora B. Telefon komórkowy podnosi kobieta, która zaprzecza, by to była wspomniana praktyka. Potem przyznaje, że jest żoną doktora. Przedstawiam się. Dostaję numer komórki do B. Kilkanaście prób połączenia i znów nic.Doktor nie odbiera.

„Szpital - to słowo magiczne”?

Udaje mi się za to porozmawiać z prof. dr. hab. Markiem Jackowskim, ordynatorem. O swoim podwładnym Łukaszu B. mówi tak: - Ta sprawa nie zmieniła jego sytuacji zawodowej. Z całą pewnością mamy tu do czynienia z nieumyślnie spowodowaną sytuacją. Pan doktor przeżywa to bardzo głęboko i jest to również jego osobista tragedia.

W szpitalu dowiaduję się też, jak wygląda aspekt ekonomiczny podobnych spraw. Pobitych pacjentów do ambulatorium zgłasza się po kilku dziennie. Szczególnie wielu w weekendy. Za jednego NFZ płaci 12-15 złotych. Za zdjęcie RTG (takie, które Łukasz B. zlecił w przypadku Mariusza) - 50 zł. A jeśli jest dwuprojekcyjne (np. właśnie czaszka i górny odcinek kręgosłupa) - 100 zł. Natomiast jedna tomografia to koszt 400-500 zł. Czyżby w oszczędnościach i limitach szukać trzeba było odpowiedzi na pytanie, dlaczego 23-latka nie przebadano tomografem? Nikt nie udziela otwarcie odpowiedzi na to pytanie.

Na zakończenie spotkania ordynator Jackowski wręcza mi świeżo wydaną książkę, zatytułowaną „40-lecie Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. Ludwika Rydygiera w Toruniu. Album jubileuszowy”. Publikację otwiera przedmowa pióra pana ordynatora właśnie. Zaczyna się tak: „Szpital - to słowo magiczne”. Pod koniec znajdziemy zaś akapit o tym, jak bardzo przez owe 40 lat zmieniła się medycyna. „Dostępna jest błyskawiczna diagnostyka i nowe małoinwazyjne techniki terapii. Skracamy pobyt pacjenta w szpitalu do minimum”.

I akurat z tym ostatnim zdaniem ojciec zmarłego Mariusza w pełni się zgadza.

* * *

Gdy tylko wyrok w sprawie doktora B. się uprawomocni, rodzina zmarłego znów wystąpi na drogę sądową. Będzie domagać się odszkodowania od szpitala.
Fakty

Lekarz zawinił, ale nieumyślnie

Wczoraj Sąd Okręgowy odrzucił apelację od wyroku Sądu Rejonowego w Toruniu, dotyczącego doktora Łukasza B. Ojciec zmarłego jako oskarżyciel posiłkowy domagał się w niej, by postępowanie lekarza uznać za umyślne, co podnosiłoby wymiar kary.

Sąd Okręgowy uznał, że medyk, owszem, w stopniu niewystarczającym zdiagnozował pacjenta i czynił to w błędnym kierunku, już na starcie zakładając, że najpoważniejsze obrażenia Mariusza to uraz kręgów szyjnych. Dlatego też nie zlecił np. tomografii. Ale umyślności sąd II instancji w postępowaniu B. się nie dopatrzył. Nakazał za to chirurgowi zapłacić 2 tys. zł kosztów sądowych, z których zwolnił go Sąd Rejonowy.